Start nadal bez zwycięstwa u siebie. Legia wygrywa po dogrywce

Szansa na pierwsze domowe zwycięstwo zaprzepaszczona w czwartej kwarcie. Polski Cukier Pszczółka Start Lublin znów zaznał goryczy porażki na własnym terenie i przegrał z Legią Warszawa 97:107.

fot. Start Lublin/FB

Start Lublin chciał przenieść dobrą formę z Pucharu Polski na ligowe parkiety. Na nie wrócił we wzmocnionym składzie, bo szeregi kadry zasilił Andre Walker. Był on jednak postacią trzecioplanową pierwszej połowy, która początkowo układała się pomyśli przyjezdnych z Warszawy. Bronią legionistów były dynamiczne wjazdy pod kosz miejscowych i to dało im 7 punktową zaliczkę już po kilku minutach. Start nie stał jednak na straconej pozycji, bo właśnie wtedy wystrzeliła forma Michaelyna Scotta. Rozgrywający czerwono-czarnych nadawał tempo akcjom miejscowych i często sam je wykańczał. To właśnie po jego trójce lublinianie po raz pierwszy objęli prowadzenie w tym meczu 16:15.

Niestety bolączką Startu był brak konsekwencji w grze. Miejscowi byli w stanie na chwilę uzyskać przewagę na tablicy, aby po chwili ją stracić. Sytuacja poprawiła się pod koniec drugiej kwarty, gdy szalę na korzyść gospodarzy przechylił Scott. Najpierw trafił za 2 oczka, a po chwili dołożył precyzyjny rzut spoza łuku. Dzięki temu jego zespół udał się do szatni przy wyniku 47:41.

Już w pucharze pokazaliśmy, że stać nas na wiele – mówi Damian Jeszke, koszykarz Startu.

Z kibicami po przerwie przywitał się Cleveland Melvin, który zamknął dwie akcje. W zdobywaniu punktów wtórował mu Scott, który dwukrotnie popisał się trójką. Wynik 61:46 skłonił legionistów do wzięcia przerwy w grze. Na nie wiele się ona zdała, bo czerwono-czarni nadal mieli wszystko pod kontrolą. Wsad Jimmiego Taylora, celny lay-up Mateusza Dziemby i przewaga miejscowych z minuty na minutę rosła. Rzut spoza łuku Melvina dał lublinianom 18 oczek zapasu przed finałową odsłoną. Jak się jednak okazało to nie wystarczyło, aby zapisać pierwszy komplet na własnym parkiecie.

 – komentuje zawodnik miejscowych, Roman Szymański.

Lublinianie ewidentnie zapomnieli, że mecz trwa cztery kwarty i zaprzepaścili wszystko co do tej pory wypracowali. Koszykarze ze stołecznego klubu podwoili krycie i to okazało się kluczem do sukcesu. Przyparci do muru podopieczni Tane Spaseva w łatwy sposób tracili piłkę, a tym samym napędzali kontrataki gości. Na parkiecie brylował Robert Johnson i to w dużej mierze dzięki jego skuteczności warszawiacy wrócili do gry. Wynik 90:90 oznaczał, że do rozstrzygnięcia potrzebna jest dogrywka. W niej Legia jedynie utwierdziła gospodarzy w tym, że ma większą wolę zwycięstwa. Johnson powiększył swój dorobek do 36 punktów, a jego zespół finalnie wygrał 107:97.

To nie my wygraliśmy mecz, tylko rywale go przegrali – podsumowuje Łukasz Koszarek, kapitan Legii.

Start Lublin nadal nie może odczarować Hali Globus. Na 10 domowych spotkań w lidze każde zakończyło się porażką. Lepszą dyspozycję lublinianie prezentują w roli gości, bo cztery razy wracali do Lublina z kompletem. Teraz przed nimi spotkanie właśnie na wyjeździe, bo w niedzielę zmierzą się z PGE Spójnią Stargard.

Share Button
Opublikowano w Aktualności, Audycje, Lublin To Sport, Sport