Nowy sezon Premier League nabiera tempa – jedni już łapią właściwy rytm, inni wciąż szukają swojej gry. Pierwsze mecze przynoszą zarówno efektowne zwycięstwa, jak i rozczarowujące występy, a niektóre drużyny zdają się już teraz walczyć o poprawę nastrojów wśród kibiców. Na boiskach nie brakuje emocji, zwrotów akcji i decyzji, które mogą mieć długofalowe konsekwencje.
West Ham 1:5 Chelsea
(6′ Paqueta, 15′ J. Pedro, 23′ Neto, 34′ E. Fernandez, 54′ Caicedo, 58′ Chalobah)
Co tu dużo mówić – „The Blues” przejechali się po ekipie Grahama Pottera, niejako potwierdzając moje przypuszczenia, że z nim za sterami „Młoty” za daleko nie zajdą. Na ten moment brakuje tam wszystkiego – od napastników i środka pola, przez obronę, aż po bramkarza. Kibice „The Hammers” coraz odważniej wytykają klubowi to, w jaki sposób pożegnano (a właściwie nie) Łukasza Fabiańskiego. Przy obecnej formie zarówno Hermansena, jak i Areoli, to Polak wyglądał przy nich co najmniej jak Emiliano Martínez na sławnych już Mistrzostwach Świata w 2022 roku. Na uwagę po stronie Chelsea zasługuje Estevo, który zastąpił w wyjściowym składzie Cole’a Palmera (uraz na rozgrzewce) i zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Jeśli West Ham szybko czegoś nie zmieni, mogą się zbliżyć do wyniku Southampton z poprzedniego sezonu…
Manchester City 0:2 Tottenham
(35′ Johnson, 45+2′ Palhinha)
Po jednym dobrym meczu City wracają demony z poprzedniego sezonu. Prawie 200 podań więcej od Tottenhamu i kompletnie nic z tego nie wynikało. Jedno z takich podań autorstwa nowego bramkarza „Obywateli” Trafforda zakończyło się utratą gola, bo powędrowało prosto pod nogi napastnika drużyny przeciwnej. Kiedy przed startem sezonu widziałem różne przewidywania tabeli, to Tottenham był tam stawiany bardzo wysoko, nierzadko w TOP 4. Osobiście nie byłem zwolennikiem tego pomysłu i widziałem ich bardziej na miejscach 6–9. „Spurs” zanotowali jednak bardzo dobre dwa pierwsze mecze i nie wiem, na ile jest to efekt tzw. miesiąca miodowego z Thomasem Frankiem na ławce, a na ile faktyczny wzrost formy. Jedno jest pewne – efekty pracy Duńczyka widać gołym okiem. Dobrze spisują się też nowe nabytki, m.in. Palhinha czy Kudus. Zobaczymy, czy „Koguty” będą w stanie utrzymać formę, kiedy zacznie się faza ligowa LM i będą zmuszeni grać co 3 dni.
Bournemouth 1:0 Wolves
(4′ Tavernier)
„Wisienki” wracają na zwycięską ścieżkę po twardym meczu z Wolves. Spotkanie nie obfitowało w sytuacje bramkowe, ale gospodarze lepiej wykorzystali swoje okazje. Gol padł po dynamicznej akcji prawym skrzydłem i precyzyjnym wykończeniu z pola karnego. Wolves próbowali odpowiedzieć, lecz brakowało im konkretów w ofensywie – wiele akcji kończyło się w okolicach szesnastki rywali. Kluczowym momentem okazała się czerwona kartka dla jednego z graczy gości, która praktycznie odcięła ich od marzeń o wyrównaniu. Pressing był łatwy do rozbicia, a w końcówce Bournemouth mogli nawet podwyższyć prowadzenie. Ważne trzy punkty dla drużyny Andoniego Iraoli, która po niemrawym początku sezonu wreszcie ma powód do optymizmu.
Brentford 1:0 Aston Villa
(12′ Ouattara)
Brentford otworzył domowy sezon skromnym, ale cennym zwycięstwem nad Aston Villą. Bohaterem został rekordowy transfer klubu Dango Ouattara, który już w 13. minucie wykorzystał zgranie Igora Thiago po długiej piłce od Caoimhina Kellehera. Villa kolejny raz miała problemy z kreowaniem sytuacji – Ollie Watkins był odcięty od podań, a najlepszą okazję zmarnował John McGinn. Po przerwie goście próbowali przejąć kontrolę, jednak kluczowy wślizg Michaela Kayode i dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy dowiozły pierwsze punkty w erze Keitha Andrewsa. Dla Aston Villi to już trzeci ligowy mecz z rzędu bez zdobytej bramki.
Burnley 2:0 Sunderland
(47′ Cullen, 88′ J. Anthony)
Burnley odniosło pierwsze zwycięstwo w sezonie, pokonując Sunderland 2:0 w meczu, który od początku pachniał „za sześć punktów” dla beniaminków. Goście mieli swoje szanse – Eliezer Mayenda i Chemsdine Talbi mogli otworzyć wynik, ale Martin Dúbravka zachował czujność, a gola Lyle’a Fostera anulował VAR z powodu faulu. Po przerwie Burnley ruszyło odważniej i efekt był natychmiastowy – po akcji lewą stroną i sprytnym zagraniu piętą Jaidona Anthony’ego, Josh Cullen wykończył sytuację w 47. minucie. Sunderland próbował odpowiedzieć po zmianach Régisa Le Brisa, ale nie potrafił przejąć inicjatywy. W 88. minucie Anthony skorzystał z błędu defensywy rywali, minął Robina Roefsa i ustalił wynik meczu. Burnley pokazuje solidność i cierpliwość, a Sunderland po wcześniejszym zwycięstwie nad West Ham musi zacząć szukać stabilności.
Arsenal 5:0 Leeds
(34′, 56′ Timber, 45+1′ Saka, 48′, 90+5 rz.k. Gyokeres)
„Kanonierzy” pewnie rozprawili się z Leeds 5:0 na Emirates, od pierwszych minut narzucając własne tempo gry. Już na początku Martin Ødegaard miał dobrą okazję do otwarcia wyniku, ale później musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Przełamanie przyszło po rzucie rożnym – Jurrien Timber efektownie główkował do siatki, a przed przerwą asystował przy golu Bukayo Saki. Po zmianie stron „The Gunners” nie zwalniali tempa – Viktor Gyokeres zdobył swoją pierwszą bramkę dla Arsenalu, a Timber dołożył kolejne trafienie po zamieszaniu w polu karnym. W doliczonym czasie gry 15-letni Max Dowman wywalczył rzut karny, który Gyokeres pewnie wykorzystał, kompletując dublet. „Kanonierzy” wskoczyli na szczyt tabeli, utrzymując rekord 43 domowych meczów bez porażki z beniaminkami, a seria siedmiu zwycięstw „Pawi” została przerwana.
Crystal Palace 1:1 Nottingham
(37′ Sarr, 57′ Hudson-Odoi)
Crystal Palace prowadził w starciu z Nottingham Forest, ale ostatecznie musiał zadowolić się remisem 1:1, przedłużając serię bez zwycięstwa w bezpośrednich meczach do 11 spotkań. W pierwszej połowie Ismaila Sarr otworzył wynik po świetnym dośrodkowaniu Daniela Munoza, a „The Tricky Trees” miały sporo szczęścia, że do przerwy przegrywały tylko 0:1. Marc Guehi uderzył jeszcze głową w słupek, pokazując, jak blisko byli gospodarze podwyższenia prowadzenia. Po zmianie stron Nottingham Forest wyrównał po znakomitym podaniu Dana Ndoye, a Callum Hudson-Odoi pewnym strzałem pokonał Deana Hendersona. Crystal Palace próbował odpowiedzieć – m.in. Will Hughes zmarnował dobrą okazję – lecz nie udało im się odzyskać prowadzenia. Remis utrzymuje presję na „Orłach”, które po dwóch kolejkach wciąż nie zdobyły pełnej puli punktów, a Forest zdobywa swój pierwszy punkt w sezonie.
Everton 2:0 Brighton
(23′ I. Ndiaye, 52′ Garner)
Everton odniósł historyczne zwycięstwo na nowym stadionie Hill Dickinson, pokonując „Seagulls” 2:0. Pierwszą bramkę zdobył Iliman Ndiaye po efektownej asyście Jacka Grealisha, zapisując się w historii Merseyside już w pierwszym meczu Toffees na nowym obiekcie. Gospodarze stwarzali kolejne okazje – m.in. Tim Iroegbunam i James Garner byli bliscy podwyższenia prowadzenia, podczas gdy Brighton trafiał w poprzeczkę i marnował szanse na wyrównanie. Po przerwie Everton szybko podwyższył prowadzenie – Grealish wyłożył piłkę Garnerowi, który pewnym strzałem pokonał Barta Verbruggena. Goście mieli jeszcze rzut karny w końcówce, lecz Jordan Pickford obronił strzał Danny’ego Welbecka, zaliczając ósmą obronioną jedenastkę w barwach „Toffees” w Premier League. W doliczonym czasie rezerwowi Beto i Dwight McNeil mogli przypieczętować zwycięstwo, ale wynik 2:0 utrzymał się do końca. Everton cieszy się z pierwszych punktów na Hill Dickinson, natomiast Brighton po raz pierwszy od 2017 roku nie wygrał dwóch pierwszych meczów sezonu.
Fulham 1:1 Manchester United
(58′ sam. Rodrigo Muniz, 73′ Smith Rowe)
Zanim przejdę do samego meczu, kilka słów komentarza do licznych opinii dotyczących pracy Rubena Amorima. Pomysł zwolnienia Portugalczyka, który pojawił się na wielu portalach, uważam za niedorzeczny. Fakt, jest jeszcze dużo pracy przed nim, jeśli chce przywrócić „Czerwone Diabły” na szczyt, ale nie można wymieniać trenera co pół roku. Takie działanie zaprowadziło United dokładnie do miejsca, w którym znaleźli się aktualnie, czyli na 15. miejscu w tabeli. W pewnym sensie medialność klubu stała się teraz jego przeciwnikiem. Kolejny przykład – Benjamin Sesko zagrał łącznie 60 minut, a już większość stwierdziła, że będzie transferowym niewypałem. W mojej opinii Amorim powinien dostać czas do końca sezonu i dopiero wtedy być rozliczany.
Pierwsza połowa należała do gości – Matheus Cunha obił słupek, Bruno Fernandes zmusił Bernda Leno do świetnej interwencji, a po faulu na Masonie Moucie Portugalczyk zmarnował rzut karny, posyłając piłkę wysoko nad poprzeczką. Po przerwie United dopięli swego – po dośrodkowaniu Bryana Mbeumo piłka trafiła do Leniego Yoro, który wpakował ją do siatki z bliska po plecach Rodrigo Muniza. Fulham odpowiedział błyskawicznie – Marco Silva wprowadził Smitha Rowe’a, a ten już po kilkudziesięciu sekundach wyrównał, sprytnie zamykając dośrodkowanie Alexa Iwobiego. W końcówce Harry Maguire był bliski zapewnienia trzech punktów gościom, lecz jego strzał głową minął bramkę. Ostatecznie obie drużyny musiały zadowolić się podziałem punktów, który dla United oznacza kolejną stratę na starcie sezonu.
Newcastle 2:3 Liverpool
(35′ Gravenberch, 46′ Ekitike, 57′ Bruno G., 88′ Osula, 90+10′ Ngumoha)
Atmosfera na St. James’ Park była napięta, a „Sroki” od pierwszych minut starały się narzucić swój styl. Anthony Gordon kilkukrotnie szukał gola, ale to „The Reds” otworzyli wynik – Ryan Gravenberch przejął piłkę daleko od bramki i precyzyjnie uderzył w róg. Chwilę przed przerwą gospodarze znaleźli się w poważnych tarapatach, gdy po analizie VAR Gordon zobaczył czerwoną kartkę. Tuż po wznowieniu gry Liverpool podwyższył prowadzenie – po akcji Cody’ego Gakpo piłkę w siatce umieścił Hugo Ekitike. Newcastle jednak nie złożyło broni – w 57. minucie Bruno Guimarães głową zmniejszył straty, a w końcówce, po długim zagraniu Nicka Pope’a, William Osula wyrównał. Wydawało się, że „Sroki” urwą punkt, lecz w 100. minucie Ngumoha wykończył podanie Mohameda Salaha, dając mistrzom Anglii zwycięstwo.