W sobotę odbyła się lubelska Manifa. W dużym skrócie jest to manifestacja feministyczna, która organizowana jest corocznie przy okazji Dnia Kobiet. Pierwsza miała miejsce w roku 2000, w Warszawie. W Lublinie odbyła się po raz trzeci.
Szukając genezy tego zgromadzenia trzeba się cofnąć do protestu przeciwko akcji policji w Lublińcu, w której mundurowi na podstawie anonimowego donosu zatrzymali podczas badania ginekologicznego pacjentkę. Została ona zmuszona do poddania się badaniu kryminalistycznemu.
Z czasem protest przerodził się w ogólnopolską manifestację, organizowaną w całym kraju. Posłuchajmy więc czego domagają się uczestniczki lubelskiej Manify:
W tym roku warszawskie zgromadzenie odbyło się pod hasłem „Aborcja nie policja. Pomoc wzajemna, nie przemoc systemowa”. Można więc powiedzieć, że po części manifestacja wróciła do korzeni. Lubelska Manifa maszerowała z kolei pod hasłem „My jesteśmy rewolucją”. Na czym ma polegać ta rewolucja? O to zapytaliśmy Magdalenę Długosz, z Koalicji na Rzecz Kobiet:
Manifestacja przeszła przez plac Łokietka, Krakowskie Przedmieście, plac Litewski i Krakowskie Przedmieście aż na plac przed Centrum Spotkania Kultur.
Samo zgromadzenie oraz postulaty jego uczestników jak zawsze wzbudzają kontrowersje. W tym roku nie została jednak zorganizowana żadna kontrmanifestacja, tak jak to było chociażby w przypadku Marszu Równości. Z tego akurat z pewnością ucieszyli się nie tylko aktywiści z Manify, ale i mieszkańcy miasta.
Mateusz Jurewicz/Cezary Dziwiszek



